Przemierzając szlaki Kofanów w Ekwadorze

Wiadomości o ludzie Kofanów żyjącym w górnym biegu rzeki Bermejo docierały do nas od dłuższego czasu. W ekipie dojrzał plan, aby ich odwiedzić. Ostatecznie decyzja zapada na dzień 8 czerwca. Celem wizyty miało być nawiązanie kontaktu z Kofanami i rozpoznanie terenu. Zgłosiłem się do tego zadania wraz z siostrą Carmen, która włada ich językiem a'inge i jest w szczególny sposób odpowiedzialna za Kofanów żyjących na terenie naszego Wikariatu Apostolskiego.

Dnia 8 czerwca po śniadaniu, kiedy już wszystkie rzeczy znalazły się w samochodzie, jeszcze raz poszedłem do domowej kaplicy i oddałem naszą wyprawę pod opiekę Matce Najświętszej, modląc się w ciszy i skupieniu o pomyślność tej ekspedycji.

Ruszaliśmy w drogę, kierując się w stronę miejscowości Cascales. Na czterdziestym siódmym kilometrze drogi zwanej via Lago Agrio - Quito, skręcamy na drogę prowadzącą do punktu zwanego Poso Seco - Sucha Studnia. Nazwa ta wzięła się od studni wiertniczej, w której skończyła się ropa naftowa.

Wyjechawrzy z domu, zaraz za zakrętem, zabrała się z nami kobieta idąca w tę samą stronę. Rozpoznawszy nasz samochód jako należący do misji, zaczęła z nami bardzo serdecznie rozmawiać.

Na pytanie, dokąd jedziemy odpowiedzieliśmy, że dowiedzieliśmy się o istnieniu Kofanów i pragniemy ich odwiedzić. Ona na to, że bliżej o Kofanach może nas poinformować niejaki pan Homero Granizo, który mieszka trochę dalej, to jest na szesnastym kilometrze. Zajechaliśmy do jego domu, lecz nie zastaliśmy go. W miejsce nieobecnego męża informatorem może posłużyć pan Benavides mieszkający opodal - mówi żona pana Granizo, wskazując palcem jego dom.

Udajemy się na wskazane miejsce. Naprzeciw nam — jak to zwykle bywa — wylatują rozszczekane psy, za nimi dzieciaki i na koniec, nie bez obaw, wychodzi zza domu jakaś kobieta. Przedstawiamy się, pytamy o męża i wyjaśniamy cel naszej obecności. Kobieta odpowiedziała nam, że jej maż jest w tej chwili nieobecny w domu i że ona nie zna drogi, aby moc ją wskazać. Po chwili dodaje, że u niej w ogrodzie pracuje jednak człowiek z tego ludu. Jaka radość! Prosimy, by go zawołała.

Jose, Jose, chodź tu natychmiast! - krzyczy kobieta. Po chwili zza krzaków wyłania się sylwetka mężczyzny wspinającego się po ścieżce w naszym kierunku. Gdy nas zobaczył, zmieszał się i zachował pewną rezerwę.

Witamy się z nim w języku a'inge: "Casate" — dzień dobry i przedstawiamy się. Mówimy, że chcemy odwiedzić jego rodaków, ale nie znamy drogi.
Jose nie tylko był gotów wskazać nam drogę, ale też od razu zaoferował się prowadzić nas przez dżunglę. W dwie minuty był gotów do drogi.
Wsiadamy wszyscy do samochodu i żegnając się z domem pana Benavides, ruszamy w kierunku Poso Seco.

W Poso Seco kończy się droga i tu zostawiamy samochód. Zarzucamy na plecy plecaki i dalej już na piechotę.

Jose, czyli Józef, idzie pierwszy, a my za nim. Po pół godzinie marszu rozkłada się przed nami, jak okiem sięgnąć, nieprzebyta dżungla. Jose gdzieś w tym krajobrazie wskazuje palcem wodospad, który z tej odległości jest tylko białą kreską, nitką nawet. Potem palec Jose wskazuje na lewo, bliżej nas to miejsce, gdzie mieszka jego ród i wreszcie drogę, którą będziemy szli. Zanurzamy się w dżunglę. Natychmiast ogarnia nas wilgotne powietrze. Od czasu do czasu podczas marszu Jose nacina drzewa zostawiając znaki. Bacznie obserwuje teren wokoło i spogląda ku górze.

Minęła następna godzina marszu. Jose spogląda w górę na korony drzew, przez które przedziera się słońce i mówi nam, że już do domu niedaleko.
Teren jest pełen wąwozów i miejscami bagnisty. Zaczynamy odczuwać zmęczenie. Cały jestem zlany potem, który strużkami spływa mi po ciele. Prosimy Józefa o postój na odpoczynek. Po chwili ruszamy w dalszą drogę. Co jakiś czas potykam się o wystające korzenie drzew.

Józef znów przystaje i obserwuje położenie słońca, powiadając, że jeszcze trochę, a dotrzemy do domu. Tak mówił nam przez całą drogę... ale też w ten sposób dodawał nam animuszu. Ze zmęczenia nie byłem w stanie obserwować otoczenia. Patrzyłem tylko pod stopy, by uniknąć korzeni i starałem się dotrzymać kroku Józefowi. Już wydawało mi się, że nigdy nie dotrzemy na miejsce.

Wreszcie wchodzimy na coś w rodzaju polany i widzimy zarysowujący się wśród drzewek dach domu. Dzięki Bogu, dotarliśmy. Jose przyśpieszył kroku, ja natomiast znacznie zwolniłem, gdyż ogarnęły mnie wątpliwości, jak nas przyjmą Kofanowie.

Josś poinformował rodzinę, że przyprowadził misjonarzy... Po chwili przed domem pojawia się jeden i drugi Kofan. Są ubrani tylko w spodenki. Widząc ich, zbliżamy się małymi krokami. Witamy się z nimi, następnie ze wszystkimi obecnymi, i znów wyjaśniamy, kim jesteśmy i jaki jest cel naszej wizyty.

Po tym przywitaniu otwarły się dla nas na oścież drzwi (których wcale nie ma) ich domu. Bardzo się cieszyli z naszego przybycia. Wypytujemy ich o ich życie, ilu ich tu jest, jak się nazywają, o środowisko i o wszystko, co ma związek z ich życiem i otoczeniem. Dowiedzieliśmy się, że w tym domu pod jednym dachem mieszkają dwie rodziny: Eliseo AIvaro, kawaler i jego brat Sirio z żoną Beatriz Secanse i córką Marcią, ponadto ich bracia, kuzyni, wujkowie itd. Imiona mają hiszpańskie, jak Jose, Liverto. Razem jest ich osiem osób w chacie, większość z nich to kawalerowie (w sumie trzech). Nie ma dziewczyn! Mówimy im o Kofanach zamieszkałych nad rzeką Augurico i we wspólnotach Dureno, Duveno, Sinangue, gdzie jest dużo dziewczyn.

Podczas gdy siostra Carmen rozmawia z kobietami zbierając potrzebne dane, ja rozmawiam z mężczyznami. Wypytuję ich o zwyczaje i materialne warunki życia. Moi rozmówcy są bardzo otwarci i bezpośredni.

Po zapadnięciu zmroku częstują nas napojem zwanym chucula, a także obiadem, na który składa się kawałek gotowanej juki, banan i mały kawałek ryby. Po posiłku częstują chucula. Rozmawiamy dalej. Dowiadujemy się o kłopotach, jakie mają z Shuarami, którzy zaczynają wchodzić na ich tereny od strony rzeki Sarayacu.

Zauważyłem, że na osiem osób zamieszkałych w chacie, trzy mają własne radiomagnetofony, każda z nich w tym samym czasie słucha tego, na co ma ochotę, co chwilę zmieniając falę, szukając czegoś nowego. Nigdy nie słuchano jednej radiostacji dłużej, niż trwała piosenka. Okazuje się, że nie zajmują się wyrobem przedmiotów artystycznych, jak korale i broni — dzid, łuków, noży itp., tak jak to robią ci z Dureno czy Duveno. Nie robią tego, bo nie ma komu tego sprzedać. „Na zewnątrz", czyli do miasta nie wychodzą. Z całej rodziny tylko trzech mężczyzn od czasu do czasu idzie do Cascales, aby kupić cukier, sól, baterie do radia oraz naboje. Reszta prawie nie miała kontaktu z białą ludnością.

Przy domu można zauważyć obok siebie dwa ogniska - każda kobieta ma swoje ognisko. W domu również mają swoje oddzielne miejsca na kuchni, na której stoją aluminiowe i plastykowe garnki.

Podstawą utrzymania, tak jak i u Kofanów z Dureno, jest uprawa roślin, polowanie, rybołówstwo. Gdy brak im pieniędzy, idą płukać złoto do rzeki, co jest mniej czasochłonne i nie wymaga tyle wysiłku, co wyrób przedmiotów artystycznych. Za jeden gram złota otrzymują 5.000 sucrów (czyli 10 dolarów). Jose mówi mi, że od czasu do czasu sprzedaje upolowaną dzika świnię osadnikom. Za ostatnią, którą im sprzedał, zapłacili mu również 5.000 sucrów.

Rozglądając się po domu, zauważam dwie strzelby. Obok wisi mała siatka z kilkoma nabojami. Po mojej prawej stronie stoi bodaguera (dmuchawa) i kołczan zatrutych strzał. Truciznę kupują od Shuarów, a ci z kolei przywożą ją z Peru. Trucizna — kurara jest bardzo droga. Mała łyżeczka kosztuje 10.000 sucrów.

O zmierzchu zapaliliśmy świeczki, a raczej łuczywa ich własnej produkcji. Są to wałeczki z pszczelego wosku owinięte w watę (algodón). Aby wata z zewnątrz się zbyt szybko nie paliła, gospodarze zwilżali ją często śliną nieco poniżej płomienia.

Gdy już zupełnie zrobiło się ciemno, przyszedł czas na spoczynek. Wielkie zainteresowanie wzbudziły nasze śpiwory. Ile to kosztuje? Gdzie można kupić? Jak się tego używa?... Gdy im zademonstrowaliśmy, zaczęli się potwornie śmiać, aż nas zarazili tym śmiechem i tak razem śmieliśmy się przez długą chwilę. W sumie było bardzo wesoło.

Zapytaliśmy ich, czy nie chcieliby się pomodlić do Pana Jezusa Chrystusa - do Boga, dziękując za ten piękny dzień, który minął, za wszystko to, cośmy otrzymali w tym dniu i prosząc Go o spokojną noc. Zaakceptowali. Powyłączali radia i usiedli wokół świeczki. Zaczynamy się modlić, rozpoczynając od znaku Krzyża św. W Imię Ojca i Syna... Ojcze nasz... Zdrowaś Maryjo... Chwała Ojcu... Siostra Carmen śpiewa w języku a'inge piosenkę. Bardzo im się to wszystko spodobało. Z błogosławieństwem Bożym idziemy na spoczynek. Myślałem, że nie zmrużę oka tej nocy, tak mnie bolały mięśnie zesztywniałe od uciażliwego marszu. Wreszcie ze zmęczenia nie wiadomo kiedy zasnąłem. O północy zerwał nas na nogi bardzo silny huraganowy wiatr z ulewnym deszczem. Myślałem, że już zerwie dach. Wszystko mokre. Ci, którzy spali od strony zacinającego deszczu, przesunęli się bardziej na środek domu. Starałem się zasnąć ponownie, ale Kofani rozmawiali ze sobą, nieco podnieceni. Mówili, że zły duch jest zdenerwowany z powodu naszej u nich wizyty i że zostaliśmy dobrze przyjęci, ale nie ma się czego obawiać, bo my jesteśmy z nimi i przedtem modliliśmy się do Boga... Po chwili wietrzysko się uspokoiło, tylko padało. Słuchałem ich, leżąc spokojnie na podłodze.

Następnego dnia z rana poszliśmy odwiedzić szamana, który mieszkał opodal. Przyjął nas bardzo życzliwie. Po przywitaniu się i przedstawieniu zaprosił nas do swego domu. Wskazał nam miejsce, gdzie wypadało nam usiąść. Podczas całej naszej wizyty yachac (szaman) stał, a podczas rozmowy wypalił trzy papierosy. Wydaje mi się, że dymem od papierosa oddalał on złe duchy, które ewentualnie mogłyby przyjść z nami.
Szaman mówił nam, że jest kawalerem, ma 67 lat i nigdy nie wyszedł na zewnątrz, czyli z dżungli. Tu też dowiedzieliśmy się, że jesteśmy pierwszymi misjonarzami, którzy ich odwiedzają. W pamięci yachaczachował opowiadanie o tym, jak jego przodkowie mieli kontakt z misjonarzami przebywając w okolicy Puerto Libre nad rzeką Aguarico. Opowiada nam, że jeden z misjonarzy bronił ich przed osadnikami, którzy wyzyskiwali Indian, skupując od nich dużo złota po bardzo niskich cenach. Pewnego dnia misjonarz ten płynął łódką z Indianami (Kofani mówią o sobie A'ige, czyli naród) po rzece Aguarico, mając przy sobie butelkę złota na sprzedaż po godziwej, znacznie wyższej niż oferowana przez osadników cenie. Na łódce znajdował się również ten zły osadnik, który ich wyzyskiwał. Był bardzo niezadowolony, że z Indianami płynie misjonarz. W pewnym momencie łódka się wywróciła i wszyscy wpadli do rzeki. Misjonarz złapał się łódki, jednakże ten zły człowiek maczetą odrąbał mu dłonie i w ten sposób misjonarz utonął, a Indianie w popłochu uciekli w dżunglę. W ten sposób do dnia dzisiejszego wspomina się to wydarzenie.

Robi się późno, trzeba wracać. Żegnamy się z szamanem i udajemy się do domu po nasze rzeczy, aby przygotować się do drogi powrotnej. Spakowawszy plecaki żegnamy się z Kofanami: - Chigayi - Do widzenia! Przed wymarszem jeszcze nas częstują chuculą.

Zaczyna padać deszcz. Ruszamy. Już po kilku godzinach marszu nie ma na nas suchej nitki. Zaczynamy grzęznąć w błocie. Z upływem czasu coraz bardziej dokuczają nam nasze plecaki - stelaże zaplątują się w liany i bardzo utrudniają marsz. Mamy ochotę plecaki wyrzucić.

Ale rozmaszerowaliśmy się na dobre. Idąc za Józefem widzę, jak obserwuje on otoczenie. Każdy świst ptaka, każdy podejrzany szelest wywoływał wzmożoną uwagę - Indianin przystawał i dopiero po dokładnym sprawdzeniu otaczającej dżungli wzrokiem, kontynuował marsz. Co chwilę pokazywał mi świeże ślady zwierząt, objaśniając, że to właśnie ślad dzikiej świni (sajino), guanty czy guantusy itp. Idąc, widzieliśmy bardzo wiele różnych zwierząt.

Gdzieś w połowie drogi stanęliśmy, aby odpocząć. Józef poprosił, byśmy na niego zaczekali w miejscu, bo zaraz wróci, i w mgnieniu oka znikł w buszu. Po pięciu minutach wrócił, ciągnąc za sobą kilka liści palmowych. Posłużyły one za prowizoryczny dach, pod którym schowaliśmy się przed deszczem. Znów chwila odpoczynku, wypalenie papierosa i żarty. Jednak siedząc jak mokre kury pod tym daszkiem zziębliśmy i zdecydowaliśmy się kontynuować marsz, aby się nie zaziębić.

Pod wieczór docieramy do samochodu. Zadanie spełnione. Józefa zostawiliśmy w tym miejscu, z któregośmy go zabrali. Chigayi - Do zobaczenia!

o. Kajetan Sahlke SVD

SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI

Dom Misyjny Księży Werbistów
ul. Klasztorna 4, Górna Grupa
86-134 Dragacz

Tel.: (52) 330 63 00
Fax: (52) 330 63 03
E-mail: svd.g.grupa@neostrada.pl

Nr konta bankowego
50 8168 0007 0008 1302 2000 0001

© 2018 Dom Misyjny św. Józefa

Nasza strona wykorzystuje ciasteczka (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. WIĘCEJ